Akademia sztuki życia

Weź głęboki wdech, a teraz wydech i skoncentruj się na poniższym artykule... Kursy Yes+ organizowane przez Fundację Art of Living motywują i uspokajają miliony młodych ludzi na świecie. Sprawdziłam to na sobie.

Nic nie dzieje sie przypadkiem. O kursie Yes+ (pobudzającym kreatywność, pomagającym odnaleźć spokój) dowiedziałam się przypadkiem w czasie wywiadu z Dominiką Łakomską, odtwórczynią jednej z głównych ról w „Klubie Szalonych Dziewic”. Przez całe spotkanie nie mogłam oderwać wzroku od jej szczerego, pięknego, spokojnego uśmiechu. Kiedy zapytałam, jaki jest jego powód, podała mi ulotkę Art of Living. Zaraz po powrocie do domu wrzuciłam nazwę w Google. Okazało się, że jest to jedna z największych organizacji non-profi t działających przy ONZ. Następnego dnia zapisałam się na 6-dniowy kurs (zajęcia odbywają się wieczorami, z wyjątkiem weekendów), który zaczynał się 4 marca. Wpłaciłam wymaganą sumę na konto fundacji, mając pewność, że wszystkie zebrane pieniądze zostaną przekazane na akcje charytatywne w krajach Trzeciego Świata. Moja przygoda właśnie się zaczynała.

 

1 dzień – demotywacja i medytacja

Na kurs dotarłam spóźniona z zestawem potrzebnych „gadżetów” – koc, woda i karimata. A tam osiemnaście młodych (pomiędzy 20. a 30. rokiem życia) osób ubranych w dresy, stojących na bosaka na świeżo umytej podłodze i gibających się w rytm kawałka o znaczącym refrenie: „You are you are, a wonderful, wonderful person” („Jesteś wspaniałą osobą”). „Banda popaprańców, którym mam nadzieję nie śmierdzą stopy” – pomyślałam. Kiedy do sali wszedł Przemek Wardejn, instruktor, było już tylko gorzej. Wstęp: witasz się z każdym z osobna i wygłaszasz żałosną formułkę: „Należę do ciebie, Karolina” (sic!). Następnie kilka dziwnych zabaw i pogadanka. Przemek wyznaczył kilka prostych (tak mu się przynajmniej wydawało) obowiązujących zasad. Spóźnienia – kara pieniężna, nieobecność (bez szansy usprawiedliwienia się) – koniec kursu, a ponadto sześciodniowy detoks od papierosów, mięsa, jajek, kawy, herbaty, napojów gazowanych i alkoholu. Dramat! Na dodatek prośba, żeby przez tych kilka dni nie opowiadać nikomu o szczegółach procesów, które przerabiamy podczas kursu. Następnie przeszliśmy do ćwiczeń oddechowych i medytacji. Tylko dzięki tej ostatniej po powrocie do domu postanowiłam zastosować się do próśb Przemka.

 

2 dzień – odklejenie

Piątek zaczęłam (o 7.30) od pranajamy i basthriki (ćwiczenia oddechowe) oraz krótkiej medytacji. Kurs rozpoczął się o godz. 18 od rozgrzewki. Godzina biegania, skakania i „powitań słońca” (jedna z podstawowych asan jogi) w zawrotnym tempie. Następnie medytacja. Zaraz po niej kolejna niespodzianka, której szczegółów nie zdradzę (bo jeżeli sama zapiszesz się na kurs, to już nie będzie niespodzianką). Uchylę tylko rąbka tajemnicy: bieganie na bosaka, śnieg, pisanie pupą i parking. Potem zdyszani usiedliśmy koło Przemka. „Kto z was zrobił to zadanie na 100%, najszybciej i najlepiej, jak potrafił?” – zapytał. Tylko trzy osoby podniosły rękę. „Czy nie postępujecie tak samo w życiu? Sami się przed sobą tłumaczycie, znajdujecie wymówki?” – kontynuował. Te pytania były początkiem pierwszej zmiany, jaka we mnie zaszła – zaczynałam rozumieć, że w życiu trzeba cieszyć się chwilą i dawać 100% siebie! Po godzinie 21 (zajęcia trwały do 22) Przemek poprosił nas o włożenie czegoś ciepłego i opatulenie się kocem. Otworzył okna, sala wypełniła się mroźnym, rześkim powietrzem. Zamknęliśmy oczy i zaczęliśmy Sudharshankriyę – najważniejszy proces oddechowy na tym kursie. Jego początek to wykonywanie wdechów lub wydechów w określonym tempie, po czym następuje długa, odprężająca medytacja. Zawsze, kiedy czytałam opisy doznań medytacyjnych, nie mogłam uwierzyć w możliwość „odklejenia” umysłu od ciała. To, co jeszcze 5 marca 2010 roku o 20.59 wydawało się takie nielogiczne, o 22.05 tego zmieniło mój sposób patrzenia na siebie. Na głęboki, szczery uśmiech falami napływały łzy. Czułam się piękna i czysta...

 

3 dzień – zmęczenie

Pobudka o ósmej, ćwiczenia oddechowe i o dziesiątej jestem na zajęciach. Choć poprzednia noc była bezsenna (Przemek uprzedzał nas, że tak może być), wrażenia po kriyi są bezcenne. Zaczynamy od kolejnej ostrej rozgrzewki. Spoceni padamy na podłogę, układamy się w wygodnej pozycji i koncentrujemy się na poszczególnych częściach ciała. Uwagę kieruję kolejno na prawą stopę, kolano, biodro, klatkę piersiową, rękę, a następnie w rytmie swojego oddechu przenoszę ją na lewą stronę. Przestaję reagować na dźwięki z zewnątrz. Jestem tylko ja i moje ciało – tu i teraz. Umysł przestaje wybiegać w przyszłość i planować (mam z tym poważny problem). Z tego stanu wyrywa mnie niski głos Przemka. Podnoszę się i powoli otwieram oczy. Czuję wszechogarniającą błogość. Refleksja: czy na świecie byłyby wojny, gdyby cała ludzkość od dzisiaj zaczęła medytować? Odpowiedź: nie! Potem Przemek zaczyna opowiadać o tym, czym zajmuje się fundacja Art of Living. Jej założyciel guru Sri Sri Ravi Shankar jest mediatorem w największych konfl iktach międzynarodowych (niedawno pośredniczył w rozmowach między szyitami a sunnitami w Iraku). Pieniądze za kursy (Yes+ jest jednym z wielu organizowanych przez fundację) przekazywane są na cele charytatywne w krajach Trzeciego Świata. Tylko pięć procent instruktorów pracuje za wynagrodzenie (skromne). Około godziny czternastej okrywamy się kocami i robimy kolejną kriyę. Kiedy leżę z dłońmi skierowanymi do zewnątrz, czuję, jak mój umysł dosłownie „wychodzi” z ciała. Każdy z nas w inny sposób reaguje na ten proces, ale na końcu zawsze pojawia się spokój. U mnie oprócz uczucia całkowitego uspokojenia (czuję błogie mrowienie w palcach), pojawiła się pewność dotycząca tego, co chcę robić w życiu – kropka nad „i”, której potrzebowałam. Do końca dnia czuję się zmęczona. Nie mam nawet siły czytać...

 

4 dzień – przebudzenie

Nie przespałam kolejnej nocy, ale mam coraz więcej energii. Czułam, jakby moje ciało i umysł wybudzały się z letargu. Po porannym rozruchu (mówiąc delikatnie), skoncentrowaliśmy się na słuchaniu. Opowiedziałabym o wszystkich „sekretach”, które zdradził nam Przemek, ale jedną z niestronę pisanych zasad kursu jest: „nie dzielić się z innymi ważną częścią przekazywanych na nim treści”. Mogę tylko zdradzić, że tego dnia nauczyłam się kilku ważnych rzeczy. Po pierwsze, że warto wsłuchać się w siebie i postępować zgodnie z tym, co podpowiada (nawet gdy tylko „szepcze”) twój wewnętrzny głos. Po drugie, że nie jesteśmy tylko tym, co myślą o nas inni. Przede wszystkim jesteśmy tym, co sami o sobie myślimy! Po trzecie i być może najważniejsze – że nie warto rozpamiętywać przeszłości (z tym również miałam problem), tylko skoncentrować się na tym, co dzieje się tu i teraz. Zajęcia skończyły się kilka minut przed szesnastą. Do dwudziestej trzy razy dokładnie analizowałam słowa Przemka. Znów musiałam przyznać mu rację.

 

5 dzień – energia i próba

Pobudka o godzinie szóstej. Czterdzieści minut ćwiczeń oddechowych, jogi i medytacji. Szybki prysznic i dwie godziny fitnessu. Jadę do pracy, potem na pierwsze spotkanie na mieście, wracam do redakcji i znów na kolejny wywiad w centrum – słowem totalne szaleństwo. Za to reszta dnia i przedostatnie zajęcia kursu Yes+ upłynęły mi w klimacie niekończącej się szczęśliwości. Chyba nigdy nie czułam się tak pewna siebie, spokojna i czysta. Po dwudziestej drugiej wyszłam z budynku, w którym odbywał się kurs. Zmęczona, a jednocześnie wyluzowana wsiadłam do samochodu, rozkręciłam muzykę na cały regulator i nie spojrzywszy w lusterko wsteczne, ruszyłam w kierunku domu. Po wejściu do mieszkania odczytałam SMS od Przemka: „Łobuzie rozbiłaś mi zderzak”. Zaniemówiłam. Okazało się, że ruszając, uderzyłam w samochód Przemka i nawet się nie zorientowałam. Zauważyli to ludzie z mojej grupy. Uczucie spokoju ulotniło się w sekundę.

 

6 dzień – szczęście

W nocy znów nie spałam. Rano po uspokajających ćwiczeniach oddechowych i medytacji zapaliłam papierosa. Czułam się fatalnie. Byłam umówiona z byłymi kursantkami, ale chciałam odwołać spotkanie. Poczucie obowiązku wzięło jednak górę. O 16 spotkałam się z Edytą (29 lat) i Agnieszką (27 lat). Wsłuchanie się w ich historie przyniosło mi ukojenie. Edyta trafiła na kurs w październiku 2009 r. Myślała o rozwodzie, miała problemy z koncentracją. Drugi kurs Yes+ ukończyła w lutym tego roku. Rzuciła palenie, nie je mięsa, medytuje, nie pije alkoholu i wciąż ma męża. Edytę poznała podczas kursu w Tarasce (ośrodek wyjazdowy fundacji). O Yes+ słyszała od kilku lat. Zawsze była „zbyt zajęta”, by się zapisać. Zdecydowała się, gdy straciła pracę, faceta i mieszkanie. Wzięła pożyczkę i wpłaciła pieniądze na konto fundacji. Dziś mówi, że to była jej najlepsza inwestycja. Ograniczyła spożycie mięsa, nie pije kawy, po dwóch tygodniach od powrotu z Taraski dostała propozycję pracy. Kokon, którym obrosła przez kumulację ciężkich doświadczeń, zaczął pękać. Naładowana energią i z głową pełną pozytywnych myśli, o 18 przyszłam na ostatnie zajęcia. Yes+ kończyliśmy akcją charytatywną. Moja grupa zebrała zabawki dla rodziny Garncarczyków (rodzeństwo z domu dziecka, o których pisałam w Glamour 12/09). Kilka minut przed północą wręczyliśmy sobie małe prezenty. Ja, mój słodki podarunek (orzechy włoskie, ukraińskie cukierki i baton czekoladowy), energia, spokój i permanentny uśmiech na twarzy (do dzisiaj na niej gości) opuściliśmy budynek uczelni przy Świeradowskiej w Warszawie o 23.45. Kurs skończył się, zaczynając nowy, lepszy rozdział w moim życiu. Na początku maja rusza w Warszawie kolejna edycja Yes+. Kto wie, może się na niej spotkamy?

 

KAROLINA KOPOCZ: Czym zajmujesz się oprócz Art of Living?

PRZEMEK WARDEJN: Byłem fotografem, radiowcem, DJ-em, pracowałem dla milionera w Nowym Jorku jako jego ,,prawa ręka”, ale pięć lat temu poświęciłem się fundacji. Zwiedziłem pięć kontynentów. Dziś wsiadam do samolotu tylko jeżeli wiem, że mogę komuś pomóc.

 

KAROLINA KOPOCZ: Jak trafiłeś na kurs?

PRZEMEK WARDEJN: Przypadkiem, za namową mojej byłej dziewczyny. Nie oświeciło mnie. Wydarzyła się jednak bardzo ważna rzecz: po czternastu latach rzuciłem palenie. Dopiero po spotkaniu ze Sri Sri Ravi Shankarem (założycielem Art Of Living, człowiekiem, który wymyślił kriyę) i przeczytaniu jego książki ,,Guru of Joy” („Guru radości”), zdecydowałem się rzucić wygodne życie w Nowym Jorku, skończyć kursy instruktorskie i wyjechać na stałe do Afryki. W Polsce pracuję od 2005 r. Zrozumiałem, że każdy z nas może pomagać – wystarczy tylko chcieć. To takie banalne, ale jednocześnie ciężkie do wykonania.

 

KAROLINA KOPOCZ: Jak procesy oddechowe, m.in.kriya, wpływają na nasz organizm.

PRZEMEK WARDEJN: W trakcie procesów oddechowych z komórek usuwane są toksyny, w których miejsce wstępuje tlen (energia). Na samym początku po takim oczyszczeniu może pojawić się głód, ale po pewnym czasie praktykowania zmniejsza się zapotrzebowanie na jedzenie. Procesy te działają na poziomie komórkowym, na poziomie naszego ciała i co najważniejsze umysłu.

AUTOR: KAROLINA KOPOCZ, MAGAZYN GLAMOUR